Teoretycznie młodzi ludzie mają więc dostęp do większej ilości wiedzy niż jakiekolwiek wcześniejsze pokolenie.
Tylko że dostęp do informacji nie jest tym samym co edukacja. I właśnie ta różnica staje się coraz ważniejsza.

W internecie obok wartościowych materiałów znajdują się półprawdy, mity, osobiste opinie przedstawiane jako fakty, reklamy, treści stworzone wyłącznie po to, żeby wzbudzić emocje, a coraz częściej także materiały wygenerowane przez AI.
Młoda osoba musi sama zdecydować, czemu może zaufać. Nie jest to proste nawet dla dorosłych.
Najnowsze badanie NASK pokazuje, jak mocno internet jest obecny w codzienności polskich nastolatków. To nie tylko miejsce rozrywki. Młodzi ludzie budują tam relacje, szukają informacji, korzystają z mediów społecznościowych i coraz częściej z narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. NASK zwraca jednocześnie uwagę na cyberprzemoc, seksting, deepfake'i, kontakt z nieznajomymi dorosłymi czy dostęp do treści niedostosowanych do wieku.
Problemem nie jest więc sam internet. Problem zaczyna się wtedy, kiedy staje się jedynym nauczycielem.
Sama tworzę treści edukacyjne w mediach społecznościowych i wiem, jak dużą mają wartość.
Dobry post może coś nazwać. Rolka może obalić popularny mit. Jedno zdanie może sprawić, że ktoś zacznie patrzeć inaczej na swoje doświadczenia.
Ale media społecznościowe mają swoje ograniczenia. Trzydziestosekundowy film nie pokaże wszystkich wyjątków. Karuzela nie odpowie na pytanie, które właśnie pojawiło się konkretnej osobie. Post nie zobaczy, że ktoś źle zrozumiał przekaz.
Algorytm również nie układa treści według logicznego programu: najpierw podstawy, później bardziej złożone zagadnienia.
Może jednego dnia pokazać wartościowy materiał o granicach, chwilę później film przedstawiający kontrolowanie partnera jako przejaw miłości, a następnie treść osoby, która bez żadnego przygotowania przedstawia swoją opinię jako ekspercką wiedzę.
Informacji jest mnóstwo.
Brakuje za to kontekstu i uporządkowania.
